Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
746 postów 6156 komentarzy

Talbot

Talbot - Całym sercem strzeżmy dziedzictwa Narodu

Sitwy rządzą nami strachem

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

„Jedyną rzeczą, której powinniśmy się bać, jest strach”. Franklin Delano Roosevelt, 1933

 

 

Jak zapewne zauważyli stali Czytelnicy Teorii Spisku, większość przedstawianych tu teorii ma swoje, często niebłahe, uzasadnienie naukowe. A skoro tak, to nie są to spiskowe teorie w znaczeniu, jakie nadaje im plugawy establishment, nasz i nie nasz. Zresztą co to za różnica, niezależnie, czy polski, amerykański, ruski, izraelski czy jakikolwiek inny, łączy te samozwańcze „elity” jedna, ale istotna cecha – są obce. Nam, czyli spokojnym i pracowitym obywatelom III, IV, a może nawet już V RP – w końcu, w jakim kraju żyjemy, nie dowiemy się z wieczornych Wiadomości – tak jak obce są, w swoich krajach, Amerykanom, Rosjanom, Izraelczykom. Te „elity” więc, nazywające informacje, które są niewygodne dla nich, wyssanymi z brudnego palucha „teoriami spisku”, już dawno odkryły, że bat i strach to najskuteczniejsze metody zarządzania zasobami ludzkimi. Rządzą więc – raz batem, raz trwogą. Ten pierwszy sposób częściej używany jest przez reżimy państw totalitarnych, ten drugi – „demokratycznych”.

 

Cywilizacja strachu

Barry Glassner jest profesorem socjologii. Napisał lub był współautorem dziewięciu książek. Sławę przyniosła mu Kultura strachu (The Culture of Fear), wydana kilkanaście lat temu. W tym roku miało miejsce jej wznowienie. W owej pracy prof. Glassner analizuje zjawisko klimatu strachu, jaki opanował Amerykę, choć nie tylko ją. Generalnie chodzi o to, że według koncepcji uczonego rządzący wzbudzają strach w społeczeństwie, aby za jego pomocą osiągać swoje polityczne cele. Barry Glassner potępia: „używanie ckliwych opowiastek w miejsce naukowych chłodnych narracji, podnoszenie odosobnionych przypadków do rangi tendencji lub opisywanie całych kategorii ludzi jako niezwykle niebezpiecznych, tylko dlatego że wywodzący się z tej społeczności osobnik popełnił czyn przestępczy”.

Socjolog uważa, że w dziejach najnowszych nie było jeszcze takiej epoki, kiedy tak wielu ludzi tak bardzo by się bało. Nawet w czasie wielkiego kryzysu lat 30. XX w. oraz w latach wojny i latach powojennych związanych z zimną wojną poziom lęku w społeczeństwach świata nie był tak wysoki. „Trzech na czterech Amerykanów uważa, że dziś czują się bardziej zagrożeni i żyją przez to w większej trwodze niż 20 lat temu”.

Jak czytamy w nocie wydawniczej Kultury strachu, książka analizuje „wysokie koszty ponoszone [przez społeczeństwo] żyjące w środowisku opanowanym przez strach, gdzie realizm jest zjawiskiem rzadszym niż niezaryglowane drzwi”. Patrząc na świat przez pryzmat przekazywanych nam codziennie przez mass media informacji, z pewnością sądzimy, że świat stał się wyjątkowo groźny. Że niebezpieczeństwo czyha na nas na każdym kroku, za każdym rogiem ulicy czai się śmiertelny wróg: dewiant, psychopata, kryminalista, terrorysta. A jak ktoś wierzy w UFO, to nawet – Reptilianie, humanoidalne gady, które przywędrowały z kosmosu, zapewne po to, aby nas zjeść. Kiedyś podobne klechdy opowiadano dzieciom, w nadziei, najczęściej płonnej, że może się trochę uciszą. Dziś takimi baśniowymi stworami ucisza się, skutecznie, dorosłych ludzi. Glassner w swojej książce stara się dowieść, że to nasze postrzeganie niebezpieczeństwa uległo dramatycznemu powiększeniu, a nie rzeczywisty poziom ryzyka.

Autor Kultury strachu pokazuje, w jaki sposób ludzie i organizacje manipulują naszymi emocjami, czerpiąc konkretne zyski z naszych lęków. Politycy, którzy wygrywają wybory, zwiększając obawy przed przestępczością i używaniem narkotyków, nawet gdy wskaźniki wyraźnie mówią o spadku zarówno jednych, jak i drugich. Grupy wsparcia, zbierające coraz więcej pieniędzy, wyolbrzymiając niebezpieczeństwa grożące obywatelom ze strony poszczególnych chorób. Programy telewizyjne, notujące wzrost oglądalności, dzięki przekonującemu straszeniu nadchodzącymi nieodwołalnie kłopotami oraz udzielaniu informacji, jak im – mimo ich nieuchronności – zapobiec. Glassner wyjaśnia, jakie koszty ponosimy, poddając się bezrefleksyjnie propagandzie strachu. Oprócz pieniędzy wydawanych na niepotrzebne programy pomocowe oraz produkty mogące się przydać „w razie czego” tracimy bardzo dużo zdrowia, czasu i energii, „martwiąc się naszymi lękami”.

Nie tylko polityką, perwersją i gośćmi z kosmosu straszy nas reżim. Również jedzeniem, tzn. szkodliwością dla naszego zdrowia spożywania tego, co nam akurat smakuje, a nie tego, co jeść nam należy. A o tym, co powinniśmy konsumować, aby żyć długo i szczęśliwie, informują nas codziennie programy telewizyjne, gazety i portale internetowe. Ponieważ „trend” zmienia się właściwie każdego dnia i to, co wczoraj było lekarstwem, dziś jest trucizną, stąd nasz błogostan z dnia poprzedniego wynikający ze świadomości, że oto znów sobie zdrowo, par excellence, dogodziliśmy, zamienia się przy porannym przeglądzie prasy dnia następnego w jaskółczy niepokój, że jednak nie będziemy żyć wiecznie. Mimo uprawianego rzetelnie przed pracą dwugodzinnego joggingu, a po pracy aerobiku czy ćwiczeń na siłowni, jedzenia tylko białego mięsa, soi, otrąb, orkiszu, marchwi, zielonego groszku itp., itd.

I o to właśnie chodzi, o ten nieustanny lęk i świadomość, że niezależnie, jak byśmy się starali, to i tak wszystko na nic. Tymczasem Glassner twierdzi w Ewangelii jedzenia (The Gospel of food), wydanej w 2007 r., że większość z tego, co Amerykanie, a za nimi reprezentanci innych narodów, słyszą i czytają o tzw. zdrowym żywieniu, jest niedokładne i nieprzydatne w utrzymaniu tężyzny i zdrowia. W ten sposób autor, niechcący, dołącza do siewców stanów beznadziejnych w społeczeństwie.

 

Wojna z terroryzmem, czyli strach nad strachy

W marcu 2007 r. w „The Washington Post” ukazał się artykuł Zbigniewa Brzezińskiego, który podnosił, że „wojna z terrorem” stworzyła istną cywilizację strachu w USA. „Podniesienie tych trzech słów do rangi narodowej mantry przez administrację Busha po 9/11 miało zgubny wpływ na amerykańską demokrację, psychikę obywateli oraz pozycję Ameryki w świecie. Używanie tej frazy skutecznie podważyło naszą zdolność do skutecznego stawiania czoła realnym wyzwaniom”. Były prezydencki doradca uważał, że szkody, jakie wyrządziły te trzy słowa, większe są niż strach wywołany skutkami ataku z 11 września 2001 r. Hasło „wojna z terrorem” to klasyczna rana zadana samemu sobie, czytamy w tekście z „The Washington Post”. Samo pojęcie jest mylące i nie określa ani kontekstu geograficznego, ani też nie definiuje przeciwnika. Bo terroryzm to nie wróg, to sposób walki – polityczne zastraszanie poprzez mordowanie nieuzbrojonych ludzi, którzy nie są przecież żadnymi bojownikami.

Brzeziński uważa, że niejasność frazy mogła być celowa. Permanentne odwoływanie się do „wojny z terrorem” osiągnęło swój cel: wykreowało kulturę strachu. „Strach zaburza racjonalne myślenie, eskaluje emocje, ułatwia politykom mobilizację społeczeństwa do działań, które rządzący uznają za korzystne dla swoich interesów”. Były doradca Cartera podkreślał, że wojna w Iraku nigdy nie uzyskałaby poparcia Kongresu, gdyby nie udało się połączyć szoku wywołanego przez dramat 9/11 z domniemanym posiadaniem przez Irak broni masowego rażenia. Podobnie jak zwycięstwo Busha w wyborach 2004 r. mogłoby nie nastąpić, gdyby nie udało się wmówić ludziom, że „naród w stanie wojny” nie może zmieniać swojego przywódcy.

Administracja prezydencka, chcąc usprawiedliwić „wojnę z terrorem”, stworzyła fałszywą narrację historyczną, która ma wielką szansę, aby stać się samospełniającą się przepowiednią. Poprzez porównanie obecnego konfliktu do wojny, jaką toczyły Stany Zjednoczone z Hitlerem, a później z komunistami, Waszyngton może już myśleć o kolejnej wojnie, z Iranem. A w przyszłości z Pakistanem.

Według Zbigniewa Brzezińskiego kultura strachu jest niczym dżin wypuszczony z butelki. Zaczyna żyć własnym życiem i staje się demoralizująca. Ameryka nie jest już tym krajem co kiedyś. Pewnym siebie i zdecydowanym do działania w swojej obronie. Potrafiącym spokojnie prowadzić zimną wojnę mimo świadomości, że w razie wybuchu konfliktu zbrojnego w ciągu kilku godzin zginąć może 100 mln Amerykanów. „Dziś jesteśmy podzieleni, niepewni siebie, potencjalnie niezwykle podatni na panikę, w przypadku kolejnego zamachu terrorystycznego w USA. Jest to efekt nieprzerwanego od pięciu lat narodowego prania mózgów obywateli na temat zagrożenia terroryzmem”.

Brzeziński podaje przykład na to, że „trudno dyskutować z tym, iż obecnie Ameryka stała się niepewna sama siebie oraz została opanowana przez paranoiczne myślenie”. W 2003 r. Kongres uznał, że w kraju jest 160 obiektów, mogących być celem dla terrorystów. Pod koniec roku, pod naciskiem lobby strachu, na nowej liście obiektów potencjalnie zagrożonych znalazło się już 1849 „celów”. Pod koniec 2004 r. spis zawierał 28 360, a do 2005 r. pojawiło się już 77 769 obiektów, według Kongresu, mogących się stać przedmiotem terroru. W 2008 r. krajowa baza potencjalnych celów ataku terrorystycznego liczyła 300 tys. jednostek!

Wojna z terrorem” poważnie zaszkodziła Ameryce na arenie międzynarodowej. Wśród muzułmanów zachowania wojsk amerykańskich w Iraku były porównywane do brutalnych akcji wojsk izraelskich skierowanych przeciwko Palestyńczykom, co oczywiście powodowało gwałtowny wzrost niechęci do Stanów Zjednoczonych. Niestety, nie tylko wśród państw islamskich. Brzeziński powołał się na sondaż przeprowadzony dla BBC. Wzięło w nim udział 28 tys. respondentów z 27 krajów mających odpowiedzieć na pytanie, jaką rolę w relacjach międzynarodowych spełniają wymienione w ankiecie państwa. Wynik ujawnił, że Izrael, Iran i USA (w tej właśnie kolejności) są oceniane jako stwarzające największe zagrożenie dla świata. „Niestety, dla niektórych te trzy państwa stanowią nową oś zła”, konkludował Zbigniew Brzeziński.

 

Epidemia strachu

Frank Furedi to socjolog pracujący na Uniwersytecie Kent w Wielkiej Brytanii. W 2008 r. w Polsce ukazała się jego książka Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści?. Uczony na swojej stronie internetowej zauważył, że „śmierci baliśmy się na długo przed 11 września. Stąd zdecydowanie odrzuca tezę, że zamach na WTC „zmienił świat na zawsze”. Prof. Furedi przypomina, że na długo przed obróceniem się w gruz bliźniaczych wież żyliśmy w atmosferze niepewności i strachu. Przerażało nas wszystko – od modyfikowanej genetycznie żywności po rakotwórcze działanie telefonów komórkowych, od apokalipsy globalnego ocieplenia po pryszczycę.

 

Przypomnijmy też sobie panikę, jaka w latach 90. wybuchła w związku z chorobą szalonych krów. Dzień w dzień na ekranach telewizorów widzieliśmy stosy palonego bydła rogatego. Wyrzynano wówczas, profilaktycznie, całe stada tych poczciwych zwierząt hodowlanych.

Nawiasem mówiąc, gdzie byli wówczas ekolodzy, miłośnicy zwierząt, rozczulający się nad kijankami i leśnymi żuczkami? Gdzie był prof. Gliński, obecny wicepremier i minister kultury, a w tamtych czasach dzielny bojownik o prawa żywiny wszelakiej do niczym nieskrępowanego rozrodu i rozwoju?

Frank Furedi podkreśla, że istotną cechą cywilizacji strachu jest to, iż zarówno postrzeganie zagrożeń, jak i pojawiające się kontrowersje na temat zdrowia, środowiska naturalnego, rozwoju technologii nie uwzględniają badań naukowych bądź dowodów empirycznych. Stąd, wracając do naszego przykładu szalonych krów, co drugi człowiek oglądający wiadomości w czasie paniki spowodowanej pomorem bydła uważał, że lada chwila może stać się ofiarą choroby, zwanej też chorobą Creutzfeldta-Jakoba. Pomijam tu ekstremalne przypadki, czyli osoby, które były święcie przekonane, że już są zarażone chorobotwórczym prionem PrPsc. I nic tu nie miał do rzeczy fakt, że jest to choroba bardzo rzadka, dotykająca jedną osobę na milion. Bowiem, jak podkreślał uczony z Uniwersytetu Kent, postawy lękowe kształtowane są nie tyle, a w każdym razie nie tylko, przez realne zagrożenia, ale również przez kulturowe założenia określające, czym jest poczucie bezpieczeństwa.

 

Nowy rodzaj skandalu: pocisk może zranić, a ogień sparzyć

Współczesna kultura zaczyna traktować słowo „wypadek” jako politycznie niepoprawne. Brytyjskie i amerykańskie organizacje zajmujące się zdrowiem publicznym chcą usunąć to słowo, podkreślając, że większość obrażeń można uniknąć, a słowo „wypadek” sugeruje pewien determinizm, nieuniknioność zdarzenia. Dlatego używanie tego pojęcia jest nieodpowiedzialne, zwalnia z obowiązku troski o zdrowie i zapobiegania niebezpieczeństwom, zarówno obywateli, jak instytucje państwowe. Frank Furedi podaje przykład „The British Medical Journal”, medycznego czasopisma o światowej renomie, w którym w 2001 r. zakazano używania słowa „wypadek”, argumentując, że nawet huragany, trzęsienia ziemi, lawiny można przewidzieć, a rządy mogą ostrzec mieszkańców przed wystąpieniem kataklizmów naturalnych. „Niektórzy specjaliści zajmujący się dziećmi twierdzą, że powinniśmy odnosić się do posiniaczonego kolana młodzieńca jako do »możliwego do uniknięcia urazu«, a nie do wypadku”.

Taka zmiana terminologii lekarskiej mówi coś więcej niż tylko o tym, że również środowisko medyczne zaczyna ulegać współczesnym absurdom i językowi poprawności politycznej. Wskazuje ona na transformację kulturowych postaw. Obecnie poczucie bezpieczeństwa to w społeczeństwach Zachodu najwyższa wartość. Wychowywanym już od kilku pokoleń w kulcie spokoju i bezkonfliktowości ludziom trudno jest zaakceptować, że nie da się przewidzieć i uniknąć wszystkich zagrożeń.

Bezpieczeństwo, długie i szczęśliwe życie stają się wartościami, które nam się po prostu należą. Są nagrodą za dobre sprawowanie, czyli życie zgodne z zaleceniami instytucji państwowych, lekarzy oraz całego szeregu współczesnych szamanów: dietetyków, psychoterapeutów, zielarzy, radiestetów. Dlatego uraz spowodowany nieprzewidzianym wypadkiem jest traktowany jak zniewaga, jak niezasłużona kara. Rozwój medycyny i biotechnologii powoduje, że odrzucamy przypadek jako powód choroby. Dlatego gdy w okolicy kilka osób zachoruje na tę samą chorobę, żądamy natychmiast wyjaśnień. Lokalne kampanie przeciwko masztom telefonii komórkowej są często napędzane przekonaniem, że niewytłumaczalne choroby w tym regionie musiały zostać spowodowane przez tę nową technologię, a nie przez czynniki, których wystąpienia nie sposób przewidzieć.

Przekonanie, że powinniśmy zostać zabezpieczeni przed każdym możliwym niebezpieczeństwem, przybiera coraz bardziej groteskowe kształty. Frank Furedi podaje przykład żołnierzy, którzy pozwali do sądu brytyjskie Ministerstwo Obrony, oskarżając je, że nie przygotowało ich odpowiednio do okropności wojny. Socjolog zastanawiał się, kiedy strażacy zaskarżą straż pożarną, że „nie poinformowała ich, iż ogień jest gorący i może sparzyć”.

Dzisiejsza kultura bezpieczeństwa, „zarządzanie ryzykiem”, wikła nas w nieustanne przewidywania każdego możliwego zagrożenia. Pytanie: „Co, jeśli…?” zdominowało społeczny dyskurs. „Co, jeśli asteroida uderzy w Ziemię?” – przepowiednia, że nasz koniec jest bliski, stała się świeckim odpowiednikiem niegdysiejszych teologicznych rozważań na temat armagedonu. We wrześniu 2001 r. naukowcy z British Association Science Festival w Glasgow odkryli nowy rodzaj „śmiertelnego niebezpieczeństwa” mogącego zagrozić planecie. Uczeni zgłosili obawy dotyczące cząstki subatomowej, powstałej w wyniku eksperymentu niszczącego atom, która potencjalnie może się dostać do wnętrza Ziemi, „zaczynając pożerać ją od środka”. Ale to przecież nie wszystkie zmartwienia, którymi dręczą siebie i nas eksperci. Bo przecież musimy sobie odpowiedzieć na inne pytania z serii „Co, jeśli…?”. Co się stanie, jeśli terroryści zaatakują kombinat chemiczny? Albo porwą pociąg przewożący paliwo jądrowe? Albo jakaś toksyczna substancja biologiczna skazi ujęcia wody pitnej?

Doprawdy, jest się czym martwić i czego bać.

 

Joe Jarvis i jego propozycja

Na stronie The Daily Bell amerykański dziennikarz Joe Jarvis wygłosił tezę mało sporną: wielu ludzi po zwycięstwie Donalda Trumpa uważa, że jego prezydentura stanowi „najciemniejszą kartę w historii Ameryki”. Czy naprawdę ci, którzy tak uważają, zapomnieli o wojnie w Indochinach, o II i I wojnie światowej? Czy w niepamięć odeszła tragedia wojny secesyjnej, czasy niewolnictwa Murzynów? Dziennikarz, stawiając te pytania, podkreśla jednocześnie, że nie jest admiratorem Trumpa, podobnie jak wcześniej nie uważał Obamy za właściwego człowieka na właściwym miejscu. „Ale ich obecność w Białym Domu nie wisiała nad moim życiem jak ciemna, gradowa chmura. Naprawdę, oni nie są aż tak ważni”. Owszem, mogą sporo dokuczyć, bowiem w dzisiejszych czasach politycy mają nad nami coraz większą władzę, ale nie mogą jednak wszystkiego. I w tym należy pokładać nadzieję.

Przede wszystkim nie mogą ukraść duszy, wpłynąć na sposób postępowania, jeśli nie będziemy sami tego chcieli. Stan mojego umysłu i mojej duszy jest dla rządzących nie do ruszenia, przypomina Joe Jarvis tę wzniosłą prawdę.

Przedstawiciele wszystkich opcji politycznych straszą nas „najgorszymi czasami w historii” po to, abyśmy nie zaczęli zadawać im niewygodnych pytań: co zrobili, aby czasy były lepsze; aby można było wreszcie obniżać, a nie podwyższać podatki; aby nie wprowadzać kolejnych regulacji do naszego życia społecznego i gospodarczego; nie wzmacniać kontroli mediów pod pozorem walki z „hejtem”; nie nastawać na nasze wolności obywatelskie? „Nie musimy grać zgodnie z zasadami ustanowionymi przez samozwańcze elity, skorumpowanych polityków, manipulujące nami media, sąsiadów, którzy dali sobie wyprać mózgi”, kończy swój wywód Jarvis i trudno się z taką konkluzją nie zgodzić.

 

https://www.amazon.com/Culture-Fear-Americans-Afraid-Things/dp/0465014909

//www.washingtonpost.com/wp-dyn/content/article/2007/03/23/AR2007032301613.html

//www.frankfuredi.com/site/article/108

//www.thedailybell.com/news-analysis/the-darkest-time-in-american-history/

 

 Napisane przez Robert Kościelny

https://warszawskagazeta.pl/teoria-spisku/item/5602-sitwy-rzadza-nami-strachem

KOMENTARZE

  • Jak Solidaruchy rządzą Najjaśniejszą.
    Przypadek Gabriela Jankowskiego zdecydowanego przeciwnika bandyckiej prywatyzacji.

    https://wolnemedia.net/jak-z-gabriela-janowskiego-zrobiono-wariata/

    Kolejny porządny i mądry Polak zgnojony przez rządzących Solidaruchów.
    Drugi wielki Polak to Lepper.
    Oni protestowali , walczyli .. i przegrali..
    Pytanie gdzie były tysiące, miliony "uczciwych" solidaruchów w tym czasie ?
    Czemu nie wspierali tych dramatycznych i heroicznych protestów.
    Nie chcieli ? wspierali prywatyzację ? Nie rozumieli co oznaczają takie prywatyzacje ? a może partyjni szefowie im zakazali protestować ?
    jak tak to jacy szefowie chcemy ich poznać .. bo to zdrajcy narodowi.

    Czekam na wyjaśnienia ze strony uczciwych solidaruchów ?
  • Strachy na lachy...
    http://www.new.org.pl/uploads/images/kremlin-m_5837.jpg

    Nie można wykluczyć, że Kreml przygotowuje grunt pod dużą prowokację, która będzie polegała na przeprowadzeniu zamachów w Rosji i oskarżeniu o nie „dywersantów” z Ukrainy.

    Zgodnie z szacunkami Crimean Human Rights Group, w okresie od lutego 2014 roku do stycznia 2018 roku co najmniej sześćdziesięciu sześciu obywateli Ukrainy przebywało w rosyjskich aresztach lub więzieniach. Zatrzymania miały miejsce przede wszystkim na Krymie, Donbasie, w samej Rosji, a ostatnio także na Białorusi. Wśród więźniów są dziennikarze, działacze kultury, aktywiści, wojskowi, rolnicy, studenci,górnicy, nauczyciele, osoby różnych narodowości. Część z nich ma na sumieniu drobne wykroczenia, co służy Kremlowi za wymówkę.

    Ukraińcom postawiono różne zarzuty. W przypadku wszystkich zostały złamane podstawowe standardy praworządności i praw człowieka. Przypomina to czasy sowieckie:fabrykowano dowody, oskarżenia opierano na zeznaniach wątpliwych świadków,sięgano po tortury psychiczne i fizyczne (łącznie z wykorzystywaniem środków farmakologicznych), uprowadzano, demonstracyjnie utrudniano pracę adwokatom. Przebieg większości spraw dokładnie relacjonują rosyjskie media. Większość z nich zasługuje, aby poświęcić im osobne reportaże. Każda jest ludzką tragedią.

    Można założyć, że więzienie ukraińskich obywateli to przemyślana polityka Moskwy,a gra zatrzymanymi jest dla niej jednym z frontów wojny hybrydowej. Kreml używa ich jako instrumentu do osiągania celów na arenie wewnętrznej i zewnętrznej.



    „Ukraińskie zagrożenie”

    Rosja ewidentnie chce we własnej przestrzeni informacyjnej wywołać atmosferę strachu i wykreować „zagrożenie płynące z Ukrainy”; pokazać, że „ukraińscy dywersanci,szpiedzy i terroryści są wszędzie”.

    Jak dotąd, było kilka fal aresztów „ukraińskich szpiegów”. Najgłośniejsze było zatrzymanie Ołeksandra Suszczenki i Jurija Sołoszenki (emeryta uwolnionego podczas jednej z wymian). Pierwszy jest paryskim korespondentem państwowej agencji informacyjnej Ukrinform, do Moskwy przyjechał w celach prywatnych (w Rosji mieszka jego rodzina). We Francji badał wpływy Kremla w tym kraju i szerzej: w Europie. Według rosyjskich organów działał na rzecz wywiadu wojskowego Ukrainy. Według adwokatów sprawy te są niezwykle trudne do obrony: obrońcy mają bowiem ograniczany dostęp do informacji dotyczących zarzutów i „dowodów”. Ponadto przebieg postępowania nie jest jawny dla mediów.

    Poza „szpiegami” Rosjanie wyłapują też „dywersantów” – tych ostatnich „wykryto”znacznie więcej, szesnastu na samym Krymie. Wśród nich jest Ołeksij Syzonowycz: sześćdziesięciojednoletni emeryt z Donbasu, którego siłą wywieziono do Rosji. Za„przygotowywanie zamachów na terytorium Federacji Rosyjskiej” w trwającej zaledwie trzy dni rozprawie sądowej został skazany na dwanaście lat więzienia. Sąd oparł się na zeznaniach dziewięciu osób, które nie pojawiły się w sądzie, a adwokaci uważają, że część z nich istnieje tylko „na papierze”. Według wersji prokuratury podczas zatrzymania Syzonowycz próbował uciec wpław przez rzekę, co zdaniem obrońcy jest absurdem, gdyż emeryt nie potrafi pływać.

    Za „dywersantów” na Krymie zostali uznani także Jewhen Panow, Andrij Zachtijoraz długoletni eksperci od spraw militarnych renomowanego centrum analitycznegoNOMOS w Sewastopolu – Dmytro Sztyblikow i Ołeksij Besarabow. Panow jest byłym uczestnikiem operacji antyterrorystycznej na Donbasie. Na Krym trafił w nieznanych do dziś okolicznościach. Zachtij miał z kolei na koncie drobne wykroczenia,które prawdopodobnie posłużyły za pretekst do wysunięcia poważniejszych zarzutów. Cała czwórka miała rzekomo przygotowywać na półwyspie ataki na obiekty infrastruktury krytycznej. Na materiale wideo z mieszkania Sztyblikowa,który opublikowały rosyjskie media, śledczy prezentują „arsenał” – broni służącej do gry w paintball.

    Osobną grupę stanowią więźniowie przetrzymywani w związku z tak zwaną sprawą czeczeńską. Chodzi o członków Prawego Sektora Mykołę Karpiuka oraz Stanisława Kłycha, którym rosyjskie organy ścigania zarzucają udział w zbrodniach wojennych w Czeczenii w latach dziewięćdziesiątych XX wieku. Śledczy twierdzą,że obaj rozstrzelali co najmniej trzydziestu obywateli Rosji. Jednak według danych Memoriału osiemnastu z nich zabito w innych miejscach, niż wskazywała prokuratura,a kolejnych jedenastu nie zginęło przez rozstrzelanie. Karpiuka i Kłycha skazano na odpowiednio dwadzieścia dwa i pół roku oraz dwadzieścia lat więzienia. Według ukraińskiego konsula w Rosji, obaj mają na ciele ślady tortur. W trakcie śledztwa mieli także zeznać, że w Czeczenii walczył były premier Ukrainy Arsenij Jaceniuk.

    W styczniu 2018 roku pod zarzutem nielegalnego posiadania broni i przygotowania zamachu FSB zatrzymała cztery osoby związane z prywatnymi firmami ochroniarskimi. Według niepotwierdzonych informacji (rozprawa jest tajna) będący wśród nich Siergiej Sokołow zeznał przed sądem, że plany dotyczące zamachów przygotowywała Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU). Z kolei jeszcze w sierpniu 2017 roku ta ostatnia poinformowała o udaremnieniu prowokacji polegającej na wykorzystaniu przez Rosjan byłych ukraińskich żołnierzy ATO. Zaproponowano im dobrze płatną pracę remontowo-budowalną w Rosji, ale SBU podejrzewa, że po wjechaniu na rosyjskie terytorium mieli zostać oskarżeni o próbę przeprowadzenia zamachu lub o jego dokonanie. Naborem kandydatów do owej pracy na Ukrainie zajmowała się konkubina Sokołowa, którą później zatrzymała SBU. W sprawie jest na razie więcej domysłów niż faktów, ale w kontekście opisywanych trendów doniesienia niepokoją. Nie można wykluczyć, że w ten sposób Kreml przygotowuje grunt pod dużą prowokację, która będzie polegała na przeprowadzeniu zamachów w Rosji i oskarżeniu o nie „dywersantów” z Ukrainy.



    Skuteczność po rosyjsku

    Rosjanie brutalnie i demonstracyjnie obchodzą się z Ukraińcami, którzy publicznie podważali legalność przyłączenia Krymu. Chcą w ten sposób pokazać, że ich organy są skuteczne, a jakikolwiek opór jest pozbawiony sensu. Ten kierunek jest szczególnie widoczny na Półwyspie Krymskim. Chodzi tu przede wszystkim o przypadki reżysera Ołeha Sencowa, lewicującego aktywisty Ołeksandra Kołczenki, nauczyciela historii Ołeksija Czyrnija i fotografa Hennadija Afanasiewa (uwolnionego podczas jednej z wymian). Wszyscy publicznie wystąpili przeciwko aneksji. Jeszcze wiosną 2014 roku zostali oskarżeni między innymi o „utworzenie grupy terrorystycznej” i „przygotowywanie oraz próbę przestępstwa”. Trzej pierwsi zostali skazani na, odpowiednio, dwadzieścia, dziesięć i siedem lat więzienia. Wyroki odbywają w azjatyckiej części Rosji. Wszystkim przymusowo nadano rosyjskie obywatelstwo.

    Moskwa na tym nie poprzestaje. Demonstruje gotowość do rozliczenia osób odpowiedzialnych za rewolucję godności w Kijowie, co jest bezprecedensowe, bo oznacza, że rosyjski sąd zajmuje się czynami rzekomo popełnionymi przez obywateli Ukrainy na ukraińskim terytorium. Kreml wysyła w ten sposób sygnał środowiskom prorosyjskim na Ukrainie, że nie zapomniał o nich, a Ukrainę uważa za strefę swoich wpływów.

    W te działania wpisują się co najmniej dwie sprawy: Ołeksandra Kostenki i Andrija Kołomijca. Pierwszy został przez rosyjski sąd skazany na prawie cztery lata pozbawienia wolności za rzucenie kamieniem w funkcjonariusza Berkutu na kijowskim Majdanie. Podobne zarzuty postawiono Kołomijcowi (na razie nie został skazany), ale jego przypadek jest szczególny, bo wcześniej interesowały się nim także ukraińskie organy ścigania.

    Siłą rzeczy najbardziej prześladowani są Tatarzy krymscy – stanowią około 60 procent spośród wszystkich zatrzymanych na półwyspie. Oprócz „zwykłych” Tatarów władze represjonują także liderów Medżlisu. Najgłośniejsza była sprawa Ulmi Umerowa,który po aneksji zrezygnował ze stanowiska przewodniczącego administracji państwowej rejonu bachczysarajskiego. W oficjalnym piśmie oświadczył, że nie uznaje „nowych władz”. W maju 2016 roku został zatrzymany i skazany na trzy lata pozbawienia wolności, a w trakcie śledztwa wysłano go na ekspertyzę psychiatryczną. W wyniku interwencji prezydenta Turcji został uwolniony w październiku ubiegłego roku (wraz z innym działaczem krymskotatarskim Achtemem Czyjhozem).

    Rosyjskie organy niektórym Tatarom zarzucają także działalność ekstremistyczną i terrorystyczną. Mowa o organizacjach Hizb ut-Tahrir i Tablighi Jamaat, choć obie stawiają sobie za cel „ekspansję islamu w pokojowy sposób”. Ciekawe, że szef FSB na Krymie Wiktor Pałagin podczas pięcioletniej służby w Baszkirii zasłynął już represjonowaniem „ekstremistów islamskich”.



    Misterny plan

    Osobny temat stanowi wykorzystywanie tak zwanych wymian więźniów. Rosjanie zwalniają żołnierzy ukraińskich schwytanych na Donbasie lub innych obywateli Ukrainy, a Ukraińcy – rosyjskich żołnierzy i najemników walczących na Donbasie,a także Rosjan aresztowanych na Ukrainie za udział w operacjach destabilizacyjnych (walki uliczne w Odessie, próby zajmowania budynków administracji w Charkowie i innych miastach wschodniej Ukrainy) Kreml uwalnia w ten sposób „swoich” ludzi,czym zachęca środowiska prorosyjskie do aktywności, pokazując, że russkije swoich nie brosajut.

    Znacznie bardziej interesujące są jednak w tym przypadku ukryte cele Kremla,które wpisują się w długofalową politykę wobec Ukrainy. Dotychczas przeprowadzone wymiany były istotne politycznie. Najwięcej wiadomo o sprawie Nadiji Sawczenko. Dziś, z perspektywy czasu, większość obserwatorów zwraca uwagę na sztuczny charakter kampanii medialnej, która dotyczyła Sawczenko, a którą nakręcał sam Kreml. Rozgłos pomógł pilotce w dotarciu na salony ukraińskiej polityki. Dalekosiężne plany Moskwy obejmują wykorzystanie Sawczenko do destabilizacji sceny politycznej nad Dnieprem. Z uwagi na jej osobowość i nawyki moskiewski projekt miał niewielkie szanse na powodzenie.

    Proces wymiany więźniów jest też elementem rosyjskich prób zmuszenia Kijowa do prowadzenia bezpośrednich rozmów z tak zwanymi Doniecką Republiką Ludową i Ługańską Republiką Ludową. Rosjanie przeciągają również i niespodziewanie zrywają negocjacje bez poważnych przyczyn. Chcą w ten sposób zademonstrować, że ukraińskie władze są nieskuteczne i nie zależy im na uwolnieniu więźniów, a przez to wywołać niezadowolenie opinii publicznej na Ukrainie.

    Wreszcie, większości wymian towarzyszył szum medialny: media rosyjskie oraz media uważane na Ukrainie za prorosyjskie starały się ukazać określone środowiska jako najbardziej konstruktywne i skuteczne. Dotyczy to zwłaszcza Wiktora Medwedczuka i Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. A przecież już sam udział Medwedczuka (prawdopodobnie narzucony Kijowowi przez Moskwę) w mińskim procesie pokojowym jest dla Ukrainy z politycznego punktu widzenia ryzykowny. Kreml realizuje w ten sposób scenariusz stopniowej deeskalacji konfliktu, który ma się zakończyć narzuceniem Ukrainie rosyjskich warunków. Donbas formalnie miałby wrócić pod kontrolę Kijowa, ale z zachowaniem szerokiej autonomii, co dla państwa ukraińskiego byłoby trucizną o powolnym działaniu.



    Cyniczny handel

    Moskwa wyraźnie liczy, że duża liczba „produkowanych” spraw karnych, które wytoczono obywatelom Ukrainy, skłoni wspólnotę międzynarodową do przyjęcia rosyjskiej percepcji wydarzeń. Chodzi o pokazanie, że Ukraińcy prowadzą szeroko zakrojoną działalność dywersyjną i destabilizacyjną na terytorium Federacji Rosyjskiej,na okupowanej części Donbasu i na Krymie. Uwalniając więźniów stopniowo i „niewielkimi partiami”, Moskwa chce doprowadzić do sytuacji, w której prosi sięją o wykonanie kolejnych gestów dobrej woli – za te zaś oczywiście wymaga ustępstw drugiej strony. Temat więźniów Kreml może wykorzystywać do tego nie tylko w relacjach z Kijowem, ale także Zachodem – choćby w staraniach o zniesienie sankcji. Gesty„dobrej woli” często służą do demonstracji humanizmu i gotowości do dialogu.

    Od zeszłego roku widać także podejmowane przez Kreml wysiłki na rzecz wciągnięcia w rozgrywkę z Ukrainą swojego najbliższego sojusznika, Białorusi. Latem rosyjskie służby uprowadziły z białoruskiego Homla Pawła Hryba – dziewiętnastoletniego obywatela Ukrainy, który planował spotkać się tam z poznaną na portalu społecznościowym VK (W Kontaktie) Rosjanką. Zanim doszło jednak do spotkania, Hryb został zatrzymany i wywieziony do Krasnodaru, gdzie usłyszał zarzuty o działalność terrorystyczną, a obecnie czeka na wyrok sądu. Była to demonstracja siły i wszechmocy FSB na terytorium Białorusi – białoruskie KGB albo przeoczyło akcję, albo przymknęło na nią oko.

    Innym przykładem było jesienne aresztowanie przez białoruskie KGB korespondenta Ukraińskiego Radia na Białorusi Pawła Szarojki – postawiono mu zarzut szpiegostwa na rzecz Ukrainy. Na tle toczącej się od dłuższego czasu dyskusji o samodzielności białoruskich służb wysoce prawdopodobne jest, że aresztu Szarojki domagali się Rosjanie. Między Kijowem i Mińskiem wybuchł skandal. Nikt nie wysunął oficjalnych oskarżeń, ale niski poziom zaufania między krajami obniżył się jeszcze bardziej. Moskwie tymczasem powoli udaje się wciągać Białoruś do swych hybrydowych działań wobec Ukrainy.



    Wyjść z letargu

    Kijów nie zawsze reaguje na rosyjskie wyzwania adekwatnie. Oczywiście, w związku z siłowymi metodami stosowanymi przez Moskwę i asymetrycznością w relacjach z nią pole manewru Ukrainy jest zawężone. W reakcjach Kijowa trudno doszukać się jednak konsekwencji. Na przykład na skutek zwykłej niedbałości i niedotrzymania procedur prawnych Syzonowycz został pozbawiony możliwości złożenia apelacji przed Europejskim Trybunałem ds. Praw Człowieka. Dopiero w tym roku ma pojawić się ośrodek koordynujący ukraińskie wysiłki. W komentarzu dla „Nowej Europy Wschodniej” Olha Skrypnyk z Crimean Human Rights Group zwraca uwagę,że ukraińskie prawo wciąż nie precyzuje,jaki status prawny mają „jeńcy cywilni”. Ponadto ukraińskie placówki dyplomatyczne w Rosji nie mają prawa opłacać „jeńcom”adwokatów. Gotowe projekty rozporządzenia rządu i ustawy, które mogłyby pomóc wypełnić te luki, już od ponad roku nie są rozpatrywane. Według Skrypnyk, główną przyczyną jest brak woli politycznej na najwyższym szczeblu władzy. Niewykorzystany jest też potencjał współpracy z organizacjami i inicjatywami pozarządowymi, które pozostają bardzo aktywne nie tylko w przestrzeni informacyjnej, ale też realnie wspierają więźniów.

    Zaskakuje również, że władze ukraińskie są tak pasywne w sferze informacyjnej na arenie międzynarodowej. Zachód ma możliwości oddziaływania na politykę Rosji w zakresie przestrzegania praw człowieka. Wśród nich jest oczywiście zaostrzenie sankcji za łamanie podstawowych standardów w tym zakresie. Częścią tych wysiłków powinno być aktywne podejmowane tego tematu w przestrzeni informacyjnej krajów zachodnich. Wreszcie, brakuje komunikacji z europarlamentarzystami, którzy mają możliwość brania bezpośredniego udziału w procesach sądowych. Okazją do wywierania nacisków jest też mundial, gdyż Kreml w czasie jego trwania zechce poprawić swój wizerunek. Przypadek Umerowa i Czyjhoza, których uwolniono na skutek osobistej reakcji Recepa Tayyipa Erdoğana, pokazuje, że społeczność międzynarodowa ma w tej historii do odegrania swoją rolę.



    Paweł Kost jest członkiem Rady Ekspertów Centrum Badań nad Armią, Konwersją i Rozbrojeniem w Kijowie. Stały współpracownik „Nowej Europy Wschodniej” i Defence24.pl.

    Artykuł ukazał się w numerze 2/2018 „Nowej Europy Wschodniej”
    http://www.new.org.pl/5754-rozgrywka-wiezniami
  • "Raba nie ma, cara nie ma"!
    ttps://www.kommersant.pl/doc/3622340
    https://cdn1.img.ria.ru/images/151995/62/1519956202.jpg

    "Raba nie ma, cara nie ma, mnie nie przekonałeś"
    Korespondent "Kommiersant" obserwował, jak na placu Puszkina starli się zwolennicy i przeciwnicy" Nawalnego
    05.05.2018, 21:04
    https://im9.kommersant.ru/Issues.photo/CORP/2018/05/05/KMO_165050_00079_1_t218_205944.jpg

    Na wiecach " w Rosji zatrzymano ponad 1200 osób
    https://news.yandex.ru/story/Na_mitingakh_Navalnogo_v_Rossii_zaderzhany_bolee_1200_chelovek--58cade4285851e47880a7f562cbbb745?lang=ru&from=main_portal&stid=gTUqYdeU4nv9rTc3tnkX&t=1525548895&lr=21210&msid=1525549301.51242.20947.2494&mlid=1525548895.glob_225.


    Nawalnemu może grozić kara do 300 tysięcy rubli, 200 godzin pracy przymusowej lub do 30 dni aresztu. Władze Moskwy sugerowały Nawalnemu przeprowadzenie akcji na Prospekcie Sacharowa, ale on odmówił. Akcje zwolenników Nawalnego dziś odbywają się w 90 miastach w Rosji.
    BFM.ru01:50

    Akcji zwolenników Aleksieja Nawalnego w centrum Moskwy towarzyszą masowe zatrzymania: według danych portalu "ATS-info", w ciągu sześciu godzin sobotniego wieczóru w stolicy zatrzymano około 600 osób. Moskiewska policja poinformowała o 300 zatrzymanych z 1,5 tys. uczestników akcji. Sami zwolennicy pana Nawalnego oceniali liczbę zgromadzonych na "dziesiątki tysięcy". U podnóża pomnika Puszkina mają do czynienia nie tylko z policją, ale i ze swoimi ideowymi przeciwnikami.
  • @Talbot - "Smith–Mundt Act" -
    .


    https://www.google.com/search?biw=1680&bih=994&ei=gRHuWt7THYjqjwTc6bOIBA&q=Smith%E2%80%93Mundt+Act&oq=Smith%E2%80%93Mundt+Act&gs_l=psy-ab.12..0i71k1l8.0.0.0.8045.0.0.0.0.0.0.0.0..0.0....0...1..64.psy-ab..0.0.0....0.YPUQtkNMArA



    Is the US using propaganda on its own citizens?

    https://www.youtube.com/watch?v=GqpZkO6TXF0



    http://images.slideplayer.com/15/4708512/slides/slide_23.jpg
    http://successrebellion.com/wp-content/uploads/2017/05/propaganda-media-controls-us.jpg
    https://anewwe.files.wordpress.com/2013/07/truth_propaganda_and_media_manipulation-301088.jpg


    .
  • Obrazki nie z Nebraski...
    http://www.interfax.ru/ftproot/textphotos/2018/05/05/1100ht_Ak.jpg
    Już dość decydowania za mnie!
    http://www.interfax.ru/ftproot/textphotos/2018/05/05/1100ht_Ak8.jpg
    http://www.interfax.ru/ftproot/textphotos/2018/05/05/1100ht_Ak6.jpg
    http://www.interfax.ru/ftproot/textphotos/2018/05/05/1100ht_Ak3.jpg
    http://www.interfax.ru/ftproot/textphotos/2018/05/05/1100ht_Ak2.jpg
  • @1abezmetki 00:13:37
    Ciekawa sprawa z tym Nawalnym. Obchodzą się z nim jak ze śmiedzącym jajem. Partniory szykują go jako rezerwowego? Zawsze to lepiej podstawić nowego figuranta, zamiast zmiany systemu!
    A lud głupi to kupi?
  • Rosyjska Ruletka...
    http://agonia-ru.com/archives/21180
    http://agonia-ru.com/wp-content/uploads/2018/05/russkaya-ruletka-03-700x450.jpg

    "Życie w Rosji jest podobne do gry w "rosyjską ruletkę". Jeszcze kilka lat temu w tym bębnie kręciło się kilka naboi, teraz – cztery. A wkrótce ładunek wzrośnie do pięciu. Graj, Rosjaninie, pociągnij za spust w oczekiwaniu szalonego szczęścia lub natychmiastowej śmierci..." (---) "Rosja zajmuje 1 miejsce w świecie pod względem wydobycia i eksportu gazu ziemnego, a przy tym – 1 miejsce w świecie pod względem ilości samobójstw wśród osób starszych, dzieci i młodzieży. Rosja trzyma 1 miejsce w świecie pod względem wydobycia ropy naftowej i drugie miejsce w jej eksportu, a przy tym – znajduje się na 1-m miejscu w świecie pod względem śmiertelności z powodu chorób układu sercowo-naczyniowego. Poziom życia "Wielkiej Rosji" póki co na 101 miejscu – między Indiami i Tadżykistanem.!(---)"

    https://www.youtube.com/watch?time_continue=459&v=oUwj_eaZ_Lk
    А. Сотник: РУССКАЯ РУЛЕТКА. ЗА МИГ ДО ВЫСТРЕЛА
    Aleksander Sotnik: Rosyjska Ruletka. Na Moment Przed Wystrzałem"

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930

ULUBIENI AUTORZY