Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
750 postów 6171 komentarzy

Talbot

Talbot - Całym sercem strzeżmy dziedzictwa Narodu

„Make love not war”

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Zabójcza pogoda. Broń naszych czasów

 

 

Od 1969 r. toczyły się w Paryżu rokowania pokojowe Stanów Zjednoczonych z rządem północnowietnamskim. W tym samym czasie armia USA zaczęła stopniowo wycofywać swoje oddziały z Indochin. Był to efekt wściekłej kampanii antywojennej w Ameryce, rozkręcanej przez agenturę sowiecką w tym kraju oraz użytecznych idiotów, jak określał Lenin ludzi, którzy, być może w dobrej wierze, ale bezmyślnie podążali za szlachetnymi sloganami komunistycznej propagandy. „Make love not war” głosiło hasło „postępowej” młodzieży amerykańskiej, jeszcze niedawno tarzającej się w woodstockowym błocie, rozumianym tak dosłownie, jak przenośnie. Był to czas, kiedy po ofensywie Tết siły komunistyczne przeszły do natarcia, spychając wojska Republiki Wietnamu i wspierające je oddziały amerykańskie na południe. Co potrafili, komuniści pokazali po zdobyciu miasta Huế. Wtedy to siły Wietkongu oraz armii Wietnamu Północnego dokonały masakry ludności cywilnej, w większości osób z wyższym wykształceniem, a także wszystkich pracowników administracji cywilnej. Oblicza się, że w ciągu 24 dni sprawowania kontroli wymordowano 2300 cywilów, wśród których znajdowali się także obywatele francuscy, amerykańscy i zachodnioniemieccy.

W tej sytuacji Amerykanie zastosowali bardziej dyskretną metodę wspomagania sojusznika wietnamskiego, dostarczając mu dużej ilości broni i innego zaopatrzenia. Samoloty amerykańskie rozpoczęły bombardowanie miast Hanoi, Hajfongu i linii zaopatrzenia. Ale nie tylko…

 

Ryżowe pola w wodzie mokną” albo „Make mud not war”

 

The Washington Post” oraz „The New York Times”, które jak zawsze nie dały się nikomu wyprzedzić w sianiu lewackiej propagandy, wzmacnianej wówczas dolarami z funduszy sowieckich służb specjalnych, określały bombardowania Wietnamu Północnego jako „dzikie i bezsensowne” – ta pierwsza bądź pisząc o „barbarzyństwie z epoki kamienia łupanego” – jak w przypadku „NYT”.

18 marca 1971 r. „The Washington Post”, piórem Jacka Andersona, dostarczył swoim czytelnikom takiej to informacji. Siły Air Force, działając tajnie nad szlakiem zaopatrzeniowym Ho Chi Minh, spowodowały ulewne deszcze monsunowe, utrudniające poruszanie się po drogach ciężarówek ze sprzętem i żywnością dla walczących komunistów. Jack Anderson, jeden z wiodących amerykańskich dziennikarzy, uważany za współtwórcę dziennikarstwa śledczego, uhonorowany Nagrodą Pulitzera, donosił o tajnym projekcie armii amerykańskiej o nazwie Intermediary-Compatriot, wprowadzanym w życie od 1967 r. Projekt polega na kreowaniu pogody i zalewaniu sztucznie wytworzonym deszczem dróg zaopatrzenia oraz pól uprawnych na obszarach kontrolowanych przez wroga. Mało tego, z enuncjacji Andersona czytelnik, a co za tym idzie, każdy, w tym walczący z armią amerykańską komuniści, mógł się dowiedzieć, że kolejna operacji wywoływania sztucznego deszczu oraz wiatrów monsunowych rozpocznie się w maju i potrwa do września. Ułatwi to armii Republiki Wietnamu działania operacyjne wymierzone przeciwko komunistom. Pytany przez gazetę przedstawiciel sił powietrznych USA stwierdził: – Ten projekt jest w fazie eksperymentu, a nie zastosowania operacyjnego. Eksperci nadal nie mają pewności, czy oberwanie chmury w ogóle nastąpiłoby, gdybyśmy zastosowali metody będące w naszych możliwościach. Jednak „The Washington Post” nie uwierzył w słowa oficjalnego przedstawiciela US Air Force. Czy gazeta miała rację?

Jak czytamy na stronie Paleo Future, w artykule opublikowanym w 2015 r., od marca 1967 r. do lipca 1972 r. armia amerykańska wydawała rocznie 3 mln dolarów na ściśle tajną operację przeprowadzaną w Azji Południowo-Wschodniej. „Jej celem było przedłużenie czasu trwania pory monsunowej i zatopienie linii zaopatrzeniowych noszących nazwę Ho Chi Minh. Amerykanie mieli nadzieję spowodować osunięcia ziemi, zniszczenia przepraw rzecznych. W sumie chodziło o to, aby wprowadzić chaos w system zaopatrzenia przeciwnika”. Wg Matta Novaka, autora tekstu, miała to być pierwsza próba zastosowania „wojny pogodowej” na teatrze działań bitewnych. Próba, o której nadal nie wiemy, w jakiej skali została przeprowadzona i jakie były jej rzeczywiste efekty.

Program miał kilka nazw. W zależności od czasu określano go mianem Operation Popeye, Operation Motorpool i wreszcie Operation Intermediary-Compatriot. Niezależnie od tego, jaką nosił nazwę, jego cel zawsze był ten sam – wyjąć broń, którą do tej pory dzierżyli w rękach bogowie gromowładni, i przekazać ją człowiekowi. Oczywiście nie każdemu. Warunek był jeden – musiał być lotnikiem Air Force. Piloci latający nad liniami zaopatrzenia, aby zamiast bomb spuszczać na nie strugi deszczu, mieli nawet swoje nieoficjalne hasło – „Rób błoto, nie wojnę” („Make mud not war”), ani chybi nawiązujące do hipisowskiego, kabotyńskiego zawołania. Z technicznego punktu widzenia istota sprawy polegała na tym, że za pomocą jodku srebra „zasiewano” gęste, burzowe chmury nad Laosem i Wietnamem. Mówi się, że takich „zasiewów” dokonano w ciągu pięciu lat trwania programu około 2 tys.

 

Generał i rząd zaprzeczają

Niektórzy badacze problemu oceniali, że w wyniku manipulowania pogodą w ramach Operation Popeye w ciągu roku na szlak Ho Chi Minh mogło spaść od 2,5 do 17,5 cm na metr kwadratowy deszczu więcej niż zazwyczaj. Jednak nikt nie przeprowadzał ścisłych, naukowych badań tego zjawiska, stąd podane liczby mogą się wydać mało wiarygodne. W każdym razie gen. William Childs Westmoreland, który dowodził wojskami amerykańskimi w Wietnamie do 1968 r., a od 1968 do 1972 był szefem Połączonych Sztabów Sił Zbrojnych USA, zapewniał, że projekt „nie wpłynął znacząco na wzrost opadów deszczu” w czasie, gdy eksperymentowano z próbami wprowadzenia go na skalę operacyjną. – Nawet gdyby operacja przyniosła taktyczne zwycięstwo w Wietnamie (a nie przyniosła), to otaczająca projekt ścisła tajemnica, późniejsze przecieki do prasy i opinii publicznej i w końcu wrzawa, jaka rozpętała się po ujawnieniu w prasie faktu, że rząd usiłuje manipulować pogodą – więc wszystko to sprawiło, że projekt spotkał się z poważną porażką strategiczną, na polu modyfikowania warunków pogodowych w celach militarnych.

Histeria, jaka rozpętała się niebawem wokół projektu, skłoniła niektórych do nazwania go „drugim Watergate”. Jak było wspomniane wcześniej, po publikacji artykułu Jacka Andersona w „The Washington Post”, administracja Richarda Nixona zaprzeczyła, nie tyle istnieniu projektu, co zastosowania go w skali operacyjnej. Urzędnicy waszyngtońscy deklarowali, że projekt nie wyszedł poza fazę eksperymentalną. I nie był stosowany na polu bitwy.

Sekretarz obrony w administracji Nixona, Melvin Laird, przesłuchiwany w senacie 18 kwietnia 1972 r., zeznał: – Nigdy nie angażowaliśmy się w działania tego typu w północnym Wietnamie. Było to bezczelne łgarstwo, pisał Matt Novak. „The New York Times” opublikował w 1972 r. swoją wersję wydarzeń na froncie wietnamskim, w kontekście używania broni pogodowej, oraz przedstawił przebieg badań nad możliwościami meteoinżynierii, przeprowadzanych przez agencje rządowe USA. „Coraz więcej gazet zaczęło pisać o tym, co knują wojska amerykańskie. Kilka dni po doniesieniach »The New York Timesa«, Operation Popeye została oficjalnie zakończona”. Był lipiec 1972 r.

Pod wpływem nacisku opinii publicznej, zdenerwowanej tym, że generałowie bawią się w Pana Boga, obie izby amerykańskiego Kongresu przyspieszyły prace nad ustawą zakazującą manipulowania pogodą w celach militarnych. Zakaz wszedł w życie w 1974 r. W 1978 r. zaczął też obowiązywać wszystkie kraje członkowskie zakaz ONZ, ale z powodu istniejących w oenzetowskich przepisach luk prawnych dokument ten był praktycznie bezużyteczny.

Świat uznał, że kontrola pogody oraz klimatu stanowi niebezpieczny oręż w rękach tych, którzy chcieliby rozpętać kolejną wielką wojnę. Jednak nie oznaczało to porzucenia zamysłu stworzenia takiej broni. Myśl ta nie była obca służbom specjalnym Stanów Zjednoczonych. I nadal nie jest. „W zeszłym miesiącu jeden z badaczy klimatu i zmian pogodowych poinformował, że CIA zwróciła się do niego z pytaniem, w jaki sposób współczesna technologia mogłaby zostać użyta przez wroga, aby doprowadzić u nas do załamania pogody. Wszystko na to wskazuje, że w dziedzinie wojny pogodowej ludzkość nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa” – pisze Matt Novak z Paleo Future. A Operacja Popeye nie była, z kolei, pierwszym słowem wypowiedzianym na ten temat.

 

Niemiłe złego początki…

 

Jak czytamy w artykule pióra Józefa Browna, zamieszczonym w „Los Angeles Times” we wrześniu 1991 r., wszystko zaczęło się od prac nad odladzaniem silników. Podczas badań tego problemu Irving Langmuir i Vincent Schaefer, dwaj inżynierowie z General Electric Co., udoskonalili technikę rozsiewania chmur zawierających wysoko schłodzone krople wody wywołujące deszcz.

13 listopada 1946 r. pilot Curtis Talbot, pracujący dla Laboratorium Badawczego General Electric, wzbił się na wysokość ponad 4 km. Lecąc ok. 50 km na wschód od miasta Schenectady w stanie Nowy York, razem z naukowcem dr. Vincentem J. Schaeferem wypuścił do atmosfery około półtora kilograma suchego lodu (zamrożony dwutlenek węgla). Kiedy już wracali na południe, dr Schaefer zanotował swoje wrażenia: „Spojrzałem w tył i byłem podekscytowany, widząc długie serpentyny śniegu spadające z podstawy chmury, przez którą właśnie przeszliśmy. Wtedy, na moją prośbę, Curt zawrócił i przeszliśmy przez masę połyskujących kryształków śniegu!”. „Tego dnia człowiek stworzył pierwszą na świecie sztuczną śnieżycę” – czytamy na stronie Smithsonian.

Po tym udanym doświadczeniu zapanowało przekonanie, że człowiek może kontrolować pogodę, zmieniając ją według własnego upodobania. Rząd USA u progu zimnej wojny poczuł, że dysponuje bronią, która może być bardziej porażająca niż bomba atomowa. Na stronie https://www.youtube.com/watch?v=SG_hokz-qGM, można usłyszeć, jak Irving Langmuir, związany z General Electric, oraz inne osoby przyznają, że w owych czasach spowodowali m.in. powstanie kilku huraganów, a w latach 1947–1948 na skutek sztucznej zmiany kierunku huraganów doprowadzili do zniszczenia nadmorskich miast w USA, które w innej sytuacji w ogóle nie zostałyby dotknięte kataklizmem. Poza tym na początku lat 50. XX w. doprowadzili do rozległych zniszczeń, w tym własności prywatnych, na środkowym zachodzie. A z kolei w wyniku „zasiania” chmur nad Nowym Meksykiem spowodowali suszę na Wschodnim Wybrzeżu USA, natomiast w innych rejonach doprowadzili do powodzi. Langmuir wezwał wprawdzie do kontynuowania badań nad „bronią pogodową” jako mniej groźną dla ludzkości niż bomby atomowe, ale jednocześnie przestrzegał, że podejmowane obecnie przez wojsko eksperymenty stwarzają wielkie niebezpieczeństwo dla amerykańskich miast, ludności, ziemi i upraw. – Mimo że jestem jednym z pionierów badań w tym zakresie, nic nie mogę zrobić, aby zatrzymać niebezpieczne eksperymenty wojskowe – powiedział uczony z General Electric oraz laureat Nagrody Nobla z dziedziny chemii, którą otrzymał w 1932 r.

Na stronie Truth Stream Media znajduje się skan artykułu z „Lincoln Jurnal Star” z 1 maja 1955 r., w którym Langmuir otwarcie mówił o tym, jakie zmiany pogodowe zostały wywołane przez wojskowe eksperymenty, oraz podkreślał znaczenie „broni pogodowej” na ewentualnym polu walki z komunistami. Uczony stwierdził też, że wszelkie badania winny być prowadzone przez niezależnych naukowców, tym bardziej że „nie ma jeszcze pełnej zgody, w jakim kierunku winny pójść badania, stąd niezależność od nacisków rządu i armii umożliwi nam pójście własną drogą”. W sierpniu 1953 r. w USA powstał Komitet Doradczy Prezydenta ds. Kontroli Pogodowej. Jego celem było określenie skuteczności procedur modyfikacji pogody oraz zakresu, w jakim rząd powinien angażować się w taką działalność.

 

 

Zawrócić bieg syberyjskich rzek?

 

W cytowanym artykule z 1 maja 1955 r. Langmuir nie miał wątpliwości, że „Rosjanie wiedzą o przeprowadzanych przez nas badaniach, posiadając naszą dokumentację. Byliby głupcami, gdyby nie przeprowadzali własnych eksperymentów z tego typu bronią”. Uczony noblista nie pomylił się. W połowie lat 50. XX w. Sowieci również starali się posiąść broń pogodową. Jak czytamy na Paleo Future, w tym czasie komuniści rosyjscy pokrywali czapy lodowców kolorowym pigmentem, po to aby doprowadzić do ich roztopienia i spowodować tym samym niszczycielskie powodzie, uwalniali do stratosfery olbrzymie ilości pyłów, których opadem starali się następnie kierować. W Cieśninie Beringa budowano tamę wyposażoną w tysiące pomp o napędzie jądrowym. Zaprojektowana przez rosyjskiego uczonego o nazwisku Arkady Borisovich Markin, miała przekierować wody Pacyfiku, co mogło, teoretycznie, podnieść temperaturę powietrza w takich miastach jak Nowy Jork czy Londyn.

Już kilka lat wcześniej dr Langmuir ostrzegał przed potęgą „broni pogodowej”, która może stać się bardziej niszczycielska niż broń atomowa. 11 grudnia 1950 r. periodyk „Charleston Daily Mail” cytował uczonego: „Pod względem uwalnianej energii działanie 30 miligramów jodku srebra (używanego do zasiewu chmur) równa się sile jednej bomby atomowej”. Kpt. Howard T. Orville, przewodniczący Komitetu Doradczego Prezydenta ds. Kontroli Pogodowej, był szeroko cytowany przez amerykańską prasę oraz magazyny popularne, kiedy stwierdził, że obecnie USA jest w stanie manipulować pogodą w sposób zgodny z interesami państwa. 28 maja 1954 r. na okładce magazynu „Collier” przedstawiono mężczyznę, który w dosłowny sposób zmienia pory roku za pomocą dźwigni i przycisków. W środku znajdował się artykuł napisany przez samego kapitana. Szef Komitetu Doradczego zauważył w nim, że w drugiej połowie XX w., w epoce broni atomowej i samolotów ponaddźwiękowych wszystko jest możliwe.

Mimo że również Sowieci nie zasypiali gruszek w popiele, ich możliwości zdawały się być o wiele mniejsze, bowiem większość mas powietrza przesuwa się z zachodu na wschód, a co za tym idzie – to Ameryka miałaby większe szanse na „dostarczenie” pogody przez siebie „skonstruowanej” na wschód za pomocą cyrkulacji powietrza. Dlatego Rosjanie, chcąc uzyskać przewagę, musieliby się postarać o odwrócenie kierunku obrotu globu ziemskiego. A to już mogłoby okazać się za trudne. Nawet dla przodującej nauki radzieckiej.

Dr Edward Teller, „ojciec bomby wodorowej”, zeznając przed komisją senacką w 1958 r., powiedział: – Wprawdzie uważam, że obecnie bardziej możliwy jest lot na Księżyc niż istotny wpływ na zmianę pogody, ale nie oznacza to, że wpływ taki w ogóle nie jest możliwy. Nie zdziwiłbym się, gdyby [Sowieci] posiedli taką możliwość w ciągu najbliższych pięciu lat. W artykule z 1 stycznia 1958 r. w „The Pasadena Star-News” kpt. Orville ostrzegał: „Jeżeli wrogi kraj rozwiąże problem kontroli pogody i wyprzedzi nas w wyścigu do opanowania broni pogodowej, skutek może być bardziej katastrofalny, niż gdyby osiągnął nad nami przewagę w broni nuklearnej”. To oczywiście musiało wzbudzić niepokój nie tylko u czytelników, ale w sferach militarno-rządowych.

W maju 1958 r. w „The American Weekly” pojawił się artykuł Francesa Leightona, napisany na podstawie informacji zaczerpniętych od kpt. Howarda T. Orville’a. Tekst nie pozostawia wątpliwości odnośnie do tego, na jakim etapie znajdują się badania nad możliwościami wykorzystania pogody do celów militarnych – walka między USA i ZSRR o to, kto pierwszy będzie kontrolował temperaturę na Ziemi, rozgorzała już na dobre. Ilustracja artykułu ukazała satelitę, który może „zogniskować promienie słoneczne, aby roztopić lód na zamrożonych terenach bądź rozmrozić oszronione uprawy – albo przypiec wrogie miasta”.

 

Broń pogodowa” – wyzwanie nadal aktualne

 

Prace nad udoskonalaniem metod kierowania pogodą trwały przez cały okres zimnej wojny. Trwają również i dziś, pisze Matt Novak. „Kiedy mężowie stanu uprawiają politykę i wygłaszają deklaracje, w ich cieniu pracują wytrwale inżynierowie, budując satelity, a chemicy uwijają się nad nowymi środkami, za pomocą których można będzie regulować temperaturę powietrza, chmur, wpływać na topnienie lodowców na olbrzymią skalę. Są to milczący żołnierze tej wojny. Jej celem jest opanować procesy wpływające na pogodę i zmienić oblicze Ziemi”.

Raport amerykańskiej Krajowej Rady ds. Badań stwierdził: „Uważamy, że rozpoczęcie procesów zmierzających do zmian pogodowych na wielką skalę byłoby przedsięwzięciem przedwczesnym. Najpierw musimy odpowiedzieć na wiele istotnych pytań. […] Wierzymy, że cierpliwe badanie procesów atmosferycznych połączone z próbami wykorzystania urządzeń technicznych do kierowania tymi procesami doprowadzi w końcu do tego, że będziemy w stanie gospodarować pogodą z korzyścią dla ludzkości. Ale pragniemy podkreślić, że czas, jaki nas dzieli od osiągnięcia tego sukcesu, należy mierzyć miarą dziesięcioleci”. Raport ów powstał w 1964 r.

W marcu 2017 r. w „The Guardian” pojawił się artykuł Davida W. Keitha i Gernota Wagnera na temat zmian klimatu oraz badań zmierzających do objęcia kontrolą niebezpiecznych dla globu zjawisk pogodowych. Autorzy cytują uczonych zajmujących się tematem: „Obawy społeczeństwa związane z geoinżynierią słoneczną są jak najbardziej uzasadnione, ale nie może to przeszkodzić nam w rozwiązywaniu stojących przed uczonymi problemów. Modele sugerują, że geoinżynieria solarna mogłaby wpłynąć na zahamowanie zmian klimatycznych, a nasze niezależne badania są niezbędne, aby w pełni zrozumieć, w jaki sposób można by tego dokonać”.

Dokładnie miesiąc temu Maya Wei-Haas, dziennikarka pisząca zarówno do Smithsonianmag, jak też „National Geographic”, zamieściła w artykule wypowiedź Kena Caldeira, uczonego z Wydziału Globalnej Ekologii w Instytucie Nauk im. Carnegie Uniwersytetu Stanforda. Dr Caldeira powiedział: „Pomijając wszelkie ograniczenia współczesnej technologii, musimy stwierdzić, że idea sztucznego stworzenia tak wielkich zmian w pogodzie, o jakich się mówi, sprzeczna jest z podstawami nauk o atmosferze”.

Dlatego też w przypadku, gdyby zachodziła konieczność ostatecznej rozprawy z tzw. efektem cieplarnianym, to geoinżynieria byłaby tą bronią, po którą należałoby sięgnąć w ostateczności „z powodu łatwych do przewidzenia konsekwencji w postaci susz, nieurodzaju, pojawienia się ekstremalnych warunków pogodowych”. Dr Caldeira podkreślił jeszcze, że nie jest możliwe użycie np. „broni pogodowej” w ograniczonym zakresie, bowiem atmosfera to zespół naczyń połączonych. „Jeśli doprowadziłbyś do znaczących [z punktu widzenia militarnego] zmian na określonym terenie, nie miej złudzeń, że nie spowodujesz przez to jakichś niekorzystnych zmian w innym miejscu”.

Naukowiec ze Stanforda ostrzega, ale czy posłuchają go generałowie z Pentagonu?

 

https://paleofuture.gizmodo.com/the-secret-weather-manipulation-program-of-the-vietnam-1689249533

https://www.smithsonianmag.com/history/weather-control-as-a-cold-war-weapon-1777409/

//truthstreammedia.com/2017/10/10/inventor-cloud-seeding-created-weather-weapons-war/

https://www.theguardian.com/environment/2017/mar/29/criticism-harvard-solar-geoengineering-research-distorted

//articles.latimes.com/1991-09-23/local/me-2023_1_cold-weather-testing

 Napisane przez Robert Kościelny

 

https://warszawskagazeta.pl/teoria-spisku/item/5321-zabojcza-pogoda-bron-naszych-czasow

KOMENTARZE

  • "To much money in this country". Za duzo pieniedzy w tym kraju.
    Takie zdanie uslyszalem od starego Amerykanina na drugi dzien po ucieczce z komuny do USA w 1978 roku. Juz niedlugo bedzie tego szalenstwa koniec bo byc musi. Nie mozna pieniedzy drukowac w nieskonczonosc, kupowac wszystko z Chin, wydawac na wojsko tyle co reszta swiata, prowadzic wieczne wojny.Moja podroz do Korei Poludniowej z przed miesiaca potwierdza , ze rola wiodaca USA chyli sie ku upadkowi.Tam dobrobyt wiekszy niz w USA, czysto, ludzie ubrani, jedzenie smaczne, buduje sie mosty, drogi, koleje szybkie, ludzie zyciem sie ciesza a w USA stagnacja. Detroit i wiele innych miast znika z ziemi choc na mapach jeszcze sa.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930

ULUBIENI AUTORZY